Lepiej zakazywać sprzedaży mięsa, samochodów spalinowych albo energochłonnych żarówek – czy zamiast tego sprawić, żeby stały się drogie? Bo przecież wtedy biedniejsi z całą pewnością przestaną kupować te wysokoemisyjne produkty. I konsumpcja energii spadnie, podobnie jak emisja dwutlenku węgla do atmosfery. „Liberalny ekonomista zawsze woli, żeby pozostawić to rynkowi” – mówi Agacie Kołodziej prof. Witold Orłowski. I dodaje, że energia po prostu musi stać się droższa, żebyśmy zmienili zachowania konsumenckie. Tymczasem z wyliczeń naukowców wynika, że każdy mieszkaniec Polski będzie musiał średniorocznie zapłacić nawet 64 tys. zł, żeby pokryć koszty transformacji energetycznej w naszym kraju. A zdaniem prof. Orłowskiego nawet więcej…. tylko że nie ma alternatywy. Pytanie więc, czy życie “po staremu” z wysoką konsumpcją energii całkowicie odejdzie w przeszłość, czy raczej stanie się przywilejem zamożnych i najbogatszych?

POSŁUCHAJ PODCASTU:

53 proc. badanych Polaków wierzy, że Zielony Ład i ograniczenie emisji CO2 da się osiągnąć – wynika z badań IBRiS. Tylko 53 proc. Powód? To będzie nas za dużo kosztować. Jedynie 1/5 Polaków jest skłonna zapłacić więcej za energię elektryczną, paliwo lub jedzenie. Tymczasem specjaliści mają trudne do przełknięcia wyliczenia dotyczące kosztu transformacji energetycznej.

Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej zaledwie w lutym tego roku na łamach portalu BiznesAlert wyliczał, że całkowity koszt transformacji energetycznej w Polsce będzie wynosił ponad 1000 miliardów zł, zakładając udział OZE w produkcji energii elektrycznej na poziomie 50 proc. 2050 r.

Co to znaczy dla Kowalskiego? Władysław Mielczarski wylicza, że średnioroczny koszt na 1 mieszkańca Polski w latach 2020-2025 to niecałe 2800 zł, ale już w latach 2036-2040 – 30 tys. zł, a w latach 2046-2050 – 64 tys. zł i to przy założeniu, że nadal będzie nas 38 mln obywateli.

A to i tak bardzo optymistyczne założenia.

„Według wyliczeń rządowych to będzie nawet około 1700 mld zł, to oficjalne wyliczenia samego rządu, tylko rząd się nimi nie chwali”

– wskazuje prof. Witold Orłowski, ekonomista z Akademii Finansów i Biznesu Vistula. A więc mówimy o kwotach nawet o 70 proc. wyższych, co daje już 51 tys. zł za półtorej dekady i 109 tys. zł w drugiej połowie lat 40. – to były koszty, jakie musiałby teoretycznie ponieść każdy mieszkaniec Polski.

„Nasz system energetyczny się wali”

Władysław Mielczarski z Politechniki Łódzkiej wskazuje, że zapłacą za to – i to słono – po prostu konsumenci w rachunkach za prąd i podatkach. Prof. Orłowski jednak uświadamia, że ogromne koszty są nie do uniknięcia – czy odejdziemy od węgla czy nie.

„Jeśli nie przeprowadzimy transformacji energetycznej, zapłacimy jeszcze więcej. Już płacimy, bo za energię elektryczną pozyskiwaną z węgla płacimy wysoki podatek w postaci kosztów praw do emisji wymuszony przez Unię” – mówi prof. Orłowski.

Poza tym nawet, jeśli nie będziemy inwestować w transformację energetyczną, to nie znaczy, że nic nie będziemy musieli wydawać na infrastrukturę energetyczną. „Nasz system energetyczny się wali. Nasze bloki węglowe tak czy owak będą wymieniane, inaczej będą musiały być zamykane” – podkreśla prof. Orłowski.

Dlaczego nie pozwalać czegoś kupować zamożnym, jeśli ich stać?

Zdaniem ekonomisty jedynym sposobem, żebyśmy przesunęli konsumpcję w stronę towarów, których wyprodukowanie wymaga mniej energii albo inwestowali w domach w urządzenia energooszczędne jest to, żeby energia stała się droższa. „Są do tego narzędzia, które specjalnie podrażają te szczególnie szkodliwe rodzaje energii” – podkreśla profesor.

Ale droga energia to drogi transport, droga żywność, ceny energii wpływają niemal na wszystkie produkty i usługi. W efekcie koszt tej zmiany odczuwają najsilniej najbiedniejsi, a na najzamożniejszych nie robi to żadnego wrażenia. Czy nie należy ciężaru transformacji rozłożyć bardziej sprawiedliwie?

„Liberalny ekonomista zawsze woli, żeby pozostawić to rynkowi” – odpowiada prof. Orłowski. I wyjaśnia, że generalnie są dwie metody. Pierwsza jest administracyjna. Przykład to zakaz sprzedaży energochłonnych żarówek, co wymusiła już UE. Kto na tym traci? Wszyscy po równo – mówi prof. Orłowski.

Teoretycznie, bo jednak droga żarówka może mieć znaczenie w domowym budżecie gorzej zarabiających, w budżecie milionera nie ma żadnego znaczenia.

Druga metoda, to metoda ekonomiczna. Nie wydajemy zakazu sprzedaży żarówek energochłonnych, tylko powodujemy, że są one trzy razy droższe na przykład przez nałożenie specjalnych podatków.

Tylko ostatecznie obie metody uderzają nieproporcjonalnie w najbiedniejszych. Zdaniem prof. Orłowskiego, metody rynkowe jednak mniej niż administracyjne.

„Metody administracyjne bardziej psują rynek, bo dlaczego nie pozwalać czegoś kupować zamożnym, jeśli stać ich na to, żeby dopłacić do kosztu środowiskowego, a zużycie dzięki decyzjom konsumenckim najbiedniejszych i tak spadnie?”

– pyta prof. Orłowski.

„Ale rozumiem, że dzielenie sprawiedliwe mówi: zakażmy wszystkim na przykład kupowania samochodów spalinowych, niech ci biedni przynajmniej nie widzą tego, że bogatych na jeżdżenie dieslami stać, a ich już nie” – dodaje Orłowski.