„Demokratyczne rządy powinny powiedzieć: my stoimy po stronie ludzi i nie pozwolimy, żeby teraz stała im się krzywda w drodze do celu. I proszę bardzo, czekamy na oferty ze strony uprzywilejowanych – niech oni powiedzą, co chcą zrobić, żeby nie doszło do końca świata. Niech bogaci powiedzą, czy są w stanie zaakceptować np. ceny energii z kryterium dochodowym, żeby energia dla najbogatszych kosztowała 10 razy więcej? – mówi  w rozmowie z Agatą Kołodziej Rafał Woś, publicysta ekonomiczny.

POSŁUCHAJ PODCASTU:


Premier na łamach „Financial Times” zapowiada powrót do węgla i straszy, że obecny system handlu emisjami CO2 napędza inflację, co zagraża milionom obywateli ubóstwem paliwowym. Minister klimatu i środowiska ogłasza, że pakiet „Fit for 55” jest dla Polski w całości niemożliwy do osiągnięcia i nagle pozwala palić węglem najgorszej jakości, licząc jedynie, że Polacy zachowają się odpowiedzialnie. Ministerstwo Aktywów Państwowych myśli za to o obniżeniu VAT na węgiel do 0 i budowaniu kopalń węgla za granicą; choćby w Afryce. A więc węgiel!

Polakom to się pewnie spodoba, bo jak wynika z badań IBRIS i tak tylko 53 proc. wierzy, że Zielony Ład i ograniczenie emisji CO2 da się osiągnąć. A jedynie 1/5 Polaków jest skłonna zapłacić więcej za energię elektryczną, paliwo lub jedzenie. A to wszystko w momencie, kiedy nie mamy już czasu na rozmyślanie, czy i jak ratować planetę przed katastrofą klimatyczną.

Co dziś jest ważniejsze? Trzeba natychmiast ratować przez ubóstwem energetycznym i biedą Polaków żyjących tu i teraz? Czy może jednak zacisnąć zęby bo nigdy nie będzie dobrego momentu na to, żeby skupić się na radykalnym obniżeniu emocji Co2?

Rząd musi pamiętać o końcu miesiąca, inaczej straci władzę 

„Często stawiam sobie przed oczami pytanie: co jest ważniejsze – koniec świata czy koniec miesiąca? Wielkim błędem tych opowieści o ratowaniu klimatu rozpoczynanych od wysokiego C jest ignorowanie perspektywy tych, którzy muszą jakoś do końca miesiąca dociągnąć”

– mówi Rafał Woś, publicysta ekonomiczny.

I podkreśla, że według niego w dyskusji publicznej dużo więcej jest takich, którzy będą mówić o końcu świata, a mówienie o końcu miesiąca gdzieś ginie.

„I władze nie powinny o tym zapominać – bo jeśli będą zapominać, to w naturalny sposób w demokracji władzę stracą. I bardzo dobrze, że stracą. Po co nam taki rząd, który nie interesuje się perspektywą końca miesiąca swoich obywateli? Nawet jeśli ocali świat, gdzieś po drodze zgubi dusze, czyli to, o co w demokracji powinno chodzić” – mówi Woś.

Unia oszukała PiS i teraz robi z niego czarnego węglowego luda

Według publicysty w szufladzie obozu anty-PiS-owskiego jest wiele pałek na PiS i jedną z nich jest to, że PIS nie dba o przyrodę, że PIS jest ślepy i głuchy na problemy klimatyczne.

„Ale jak ktoś bardziej wejdzie w temat i zobaczy, co się dzieje, to już wcale nie jest to takie oczywiste. Owszem, obecna władza lubi się retorycznie przeciwstawić tym płynącym z Zachodu pomysłom takim jak „Fit for 55”, lubi powiedzieć, że to jest przegięcie, że to jest pójście zbyt daleko. Ale w praktyce jednocześnie jest to temat, za który często ten rząd jest też przez własny obóz krytykowany” – podkreśla Woś.

„A przecież mniej więcej od 2017 r. różnorakie inwestycje w energię odnawialną w Polsce mocno ruszyły i rząd podjął bardzo wiele wysiłków, żeby Polska sprostała tym wymaganiom klimatycznym. Można wręcz nawet powiedzieć, że rząd został trochę wystrychnięty na dudka przez UE”

– dodaje.

Dlaczego? Bo według niego po szczycie unijnym w 2019 r., polski rząd zawarł polityczny deal z Komisją Europejską.

„Powiedział: no dobra, wchodzimy w „Fit for 55”, ale wy tutaj nie będziecie robić takich numerów, że nam zablokujecie pieniądze na Krajowy Plan Odbudowy. Tymczasem dwa lata później rząd już bardzo wiele na tym froncie klimatycznym podziałał, a pieniądze na KPO są zablokowane, I mam wrażenie, że to osłabiło trochę nasz zapał proklimatyczny, a trzeba było go wzmacniać” – mówi Rafał Woś.

Według niego zbyt często i zbyt łatwo, i na Zachodzie i w polskich kręgach liberalnych, przedstawia się PiS jako antyzielony, podczas gdy przy odrobinie dobrej woli można by jednak odnaleźć w tej partii zupełnie odwrotne tendencje.

„Gdyby komuś naprawdę zależało na tym, żeby Polska wprowadziła bardziej zieloną politykę, to raczej należałoby zachęcać, doceniać tych wszystkich wewnątrz obozu Zjednoczonej Prawicy, którzy w tę stronę chcą iść” – mówi Woś.

Innymi słowy, trzeba rząd częściej pogłaskać po głowie na zachętę. „Ale to się nie dzieje, bo zwycięża chęć zrobienia z PiS-u takiego czarnego węglowego luda” – dodaje.

Kto ma ponieść koszty transformacji?

„Cały witz polega na tym, żeby dobrze te koszty transformacji energetycznej podzielić, żeby nie było tak jak np. w Polsce w latach 90. Wszyscy mówili o tym, jak to musimy coś zrobić, zacisnąć pasa, podczas gdy to zaciskanie pasa było bardzo różne w zależności od klasy społecznej. I biednym tego pasa zaciskano tak, że już im gały wychodziły na wierzch, a ci, co najchętniej mówili o zaciskaniu, tak naprawdę jeszcze na tym zarabiali” – mówi Rafał Woś.

Rzecz więc w tym, by tym razem tego błędu nie powtórzyć i nie mówić o końcu świata, dokręcając śrubę tym, którzy mogą nie wytrzymać do końca miesiąca.

„Demokratyczne rządy powinny powiedzieć: my stoimy po stronie ludzi i nie pozwolimy, żeby stała im się krzywda w drodze do celu, jesteśmy gotowi zrobić wszystko, żeby ludziom się nie pogorszyło. I proszę bardzo, czekamy na oferty ze strony uprzywilejowanych – niech oni powiedzą, co chcą zrobić, żeby nie doszło do końca świata. Niech bogaci powiedzą, jaki bat są w stanie zaakceptować. Czy są w stanie zaakceptować np. ceny energii z kryterium dochodowym, żeby energia dla najbogatszych kosztowała 10 razy więcej? – pyta publicysta.

I podkreśla z całą stanowczością, że najbardziej klimatowi szkodą bogaci.

„A to całe gadanie, że to biedni którzy palą w swoim piecu przysłowiowym kaloszem, to jest gadanie na zasadzie „Blame the victim”, czyli odwrócenie uwagi od prawdziwych problemów i nagonka na biednych ludzi”

– mówi Woś.

Ceny energii wpisać do Konstytucji czy przekupić klasę średnią?

Pytanie, jak zatem ochronić najsłabszych?

Woś uważa, że owszem, możemy pozwolić, żeby energia była droga, ale tylko pod warunkiem, że w ramach sprawnie działających mechanizmów redystrybucji koszty tej energii zostaną słabszym warstwom społecznym w różnych formach zwrócone. Ale nie teoretycznie, tylko w praktyce.

„Tylko praktyka wygląda tak, że każdy program redystrybucyjny można potem bardzo łatwo podważyć, powiedzieć: nie ma na to pieniędzy, nie stać nas, oszczędźmy, idą ciężkie czasy, nie możemy sobie na to pozwolić. Dopłaty dla najbiedniejszych zostają likwidowane, a droga energia zostaje, ludzie są pozbawieni ochrony i zaczyna się społeczny dramat – mówi publicysta.

„Tak było z bezrobociem w latach 90., państwo umyło ręce, powiedziało: to bezrobocie naturalne, trzeba sobie jakoś radzić i wielu ludzi sobie nie poradziło. To trwało i do dziś na wielu polach się z tego wygrzebujemy. I takiej powtórki ja bym sobie nie życzył” – dodaje.

Dlatego według niego należy te mechanizmy redystrybucji czy dopłat do cen energii na stałe wbudować w system. Jak?

„Fanatyk Konstytucji pewnie wpisałby to do ustawy zasadniczej, ale takich rzeczy raczej się nie robi. Trudno mi sobie wyobrazić, że teraz znowelizujemy Konstytucję i wpiszemy tam prawo dla najbiedniejszych gospodarstw domowych do rekompensaty, do takiej i takiej kwoty. Albo zapis, że wydatki na energię nie mogą przekraczać takiej i takiej części dochodów gospodarstwa domowego – to byłoby trudne” – mówi Woś.

Jego zdaniem jakimś sposobem na rozwiązanie tego dylematu był program 500+. Jego siła polegała bowiem na tym, że był skierowany do wszystkich.

“Program 500+ był za to oczywiście krytykowany, że trafia do najbogatszych – ale właśnie to sprawiło, że ten program jest nie do ruszenia, bo klasa średnia też na nim korzysta i nie da go sobie zabrać”

– uważa Rafał Woś.

I dodaje, że klasę średnią trzeba po prostu przekupić. „W okresie powojennym lewica odnosiła jakikolwiek sukces tylko wtedy, kiedy zdołała interes najbiedniejszych jakoś połączyć z interesem klasy średniej, która ma niepomiernie większe środki nacisku i tworzy opinię publiczną” – wyjaśnia publicysta.